Idze idze bajoku krakoski… Nie certolże się, nie siedźże w domu, zwłaszcza dopołudnia w sobotę. Wyjdźże na pole, idźże na krakoski Stary Kleparz, nawet jak ziąb sakramencki jest. Najwyżej ubierz rajtki i kurtkę z kapuzą to nie będziesz potem chyrlać. Ale uważaj, bo w sobotę dużo ludzi tam będzie, żebyś w Kobierzynie nie wylądował z wariactwa.

IDZE IDZE BAJOKU

Nie jedzże znowu grysiku na mleku na śniadanie, kupże kajzerkę i przełóżże ją plastrami salami „od Węgra” i ząbkiem czosnku od „ekologa”. Przegońże gołębie, te pierońskie darmozjady. Możesz cukrówkom kaszkę krakowską podsypać na parapet budki kleparskiej, niechże zjedzą.

Kupże kurę od góralki i jarzynę od baby obok – na rosół będzie. Mielonego też kup, zrobisz na drugie sznycla z mizerią ze śmietaną kwaśną, jak cza.

KUPŻE WEKĘ I BORÓWKI

Kupże borówek i zróbże drożdżówki.

Wekę do domu kupże także.

Na kleparzu uważajże, żeby cię kto nie ocyganił, najprędzej jakaś stara franca zbolała Cię złapie.

Omijaj ancymonów i baciarów, tumanów sporo trafisz – nie gadajże z nimi, bo ich nie przegadasz.

Idze idze bajoku

P.S. Więcej o krakowskim STARYM KLEPARZU znajdziesz <<TUTAJ>>.



4 thoughts on “IDZE IDZE bajoku krakoski jeden”

  1. „bajok” i „bejdok” – w jednym stali sączu…
    W mentalności znacznej części rodowitych Sądeczan od lat zakorzeniony jest metaforyczny podział mieszkańców miasta na „ptoki, krzoki i pnioki”. Odzwierciedla to stosunek „swoich”, czyli urodzonych w tym zakątku Polski, nazywających siebie „pniokami”, do wszystkich „obcych”, czyli ludzi pochodzących z innych stron. W zależności od długości okresu przebywania na stałe w Nowym Sączu mogą to być „ptoki”, czyli osoby krótko tu mieszkające, które jak ptak mogą zaraz polecieć dalej. A ci, którzy są już dłużej, trochę się zakorzenili, ale nie urodzili na Sądeczyźnie – to „krzoki”.
    Chociaż więc dobijam już 4. dziesiątki lat swojego życia w naddunajeckim grodzie, mogę być w nim uznawany jedynie za „krzoka”. Nie jestem bowiem rodowitym Sądeczaninem. Dzieciństwo i młodość spędziłem w Krakowie, stanowiącym w Nowym Sączu od wieków niechętnie postrzeganą konkurencję. Ale po studiach, a następnie po 5. latach warszawskich i osiedleniu w Nowym Sączu spotkałem się tu z pewnym, zabawnym określeniem, zapamiętanym jeszcze z lat szkolnych. Był to pejoratywny zwrot słowny, używany w rozmowach pomiędzy chłopcami, czy też dorosłymi już mężczyznami. Imperatyw kierowany przez jednego do drugiego, który brzmiał „idźze, idźze, ty bejdoku”. Znaczyło to tyle co „jesteś głupi, przestań bo pleciesz głupoty”. Regionalne pochodzenie pobłażliwie obraźliwego słowa „bejdok” nie budzi wątpliwości. Można go zastąpić równie pejoratywnym wyrażeniem, o podobnym znaczeniu – „głuptak”. Nie spotkałem się z nim przez wiele lat, zwłaszcza po opuszczeniu Krakowa i okresie swojej wędrówki po Polsce. Kiedy natomiast usłyszałem ten zwrot w latach 70. w Nowym Sączu, zabrzmiał mi w uszach niezwykle swojsko. Byłem przekonany, że to regionalizm „ogólnomałopolski”. A więc używany w potocznej mowie zarówno w Krakowie, jak też w Nowym Sączu. Głowę bym sobie dał uciąć, że zwrot „idźze, idźze, ty bejdoku” znałem dużo wcześniej, z czasów dzieciństwa i młodości.
    Pomimo „krzaczastego” zakorzenienia na pięknej Ziemi Sądeckiej, utrzymuję nadal żywe kontakty z rodziną, znajomymi oraz przyjaciółmi z dawnych lat, którzy pozostali pod Wawelem. Zdarzyło się, dosyć już dawno temu, że w żartobliwej rozmowie z krakowskim, bliskim mi przyjacielem ze studiów padł ten właśnie zwrot. Okazało się jednak, że mojemu rozmówcy nie był on znany. Upierał się, że w Krakowie nie mówi się „bejdok” tylko „bajok”. Ja upierałem się przy swoim, twierdząc, że słowo „bejdok” zapamiętałem jeszcze z dawnych czasów szkolnych w Krakowie. Tłumaczyłem przyjacielowi, że być może w naszym rodzinnym mieście istnieją jakieś lokalne różnice dzielnicowe – on pochodził z Grzegórzek, ja ze Zwierzyńca. Nie dał się przekonać, wyciągając armaty w postaci rozmaitych, uczonych słowników języka polskiego. Słowa „bejdok” jednak w nich rzeczywiście nie znależliśmy. „Bajoka” zresztą też. W Internetowej wyszukiwarce odnalazło się wyjaśnienie, że „bajok” to krakowski regionalizm, o znaczeniu tożsamym z „umiarkowanie obraźliwym głuptakiem”. Próbowałem zasięgnąć opinii znajomych etnografów, rodem z Warszawy, ale od lat zakorzenionych w Małopolsce, w Nowym Sączu. Znali pojęcie „bejdoka”, nie spotykane w stolicy, ale odnosili je raczej do całej Małopolski, a nie tylko do Sądecczyzny. Ich autorytet okazał się niewystarczający. Żartując, sprzeczaliśmy się z krakowskim przyjacielem przy każdym prawie spotkaniu, czy to na Ziemi Sądeckiej, czy też w grodzie Kraka.
    Dla świętego spokoju i dla zgody w relacjach naszej wieloletniej przyjaźni już byłem skłonny ustąpić. Przyznać się do omylności mojej niemłodej już, a zatem ułomnej pamięci. W głowie jednak cały czas brzmiał mi dawno zapomniany tembr głosu któregoś krakowskiego kolegi, czy to ze szkoły podstawowej, czy też średniej, który miał zwyczaj zwracać się niekiedy do swoich rozmówców obraźliwymi słowami „idźze, idźze, ty bejdoku”.
    Zanim jednak doszło do mojego „kajania się”, sprawa znalazła wyjaśnienie satysfakcjonujące obydwie strony konfliktu. Zupełnie przypadkowo zresztą. Przeszło pół wieku temu, do krakowskiego liceum uczęszczał z nami pewien kolega, cieszący się wśród nas dużym autorytetem. Zapewne dlatego, że bardzo dobrze grał w piłkę nożną. Rzec można profesjonalnie, bo w juniorach znanego klubu „Cracovia”. Nazywał się Janusz Kowalik i z tego też względu był od początku, rokrocznie, jednogłośnie wybierany na funkcję „wójta”. Pomimo niechętnego stosunku naszych Profesorów, przez 3,5 roku był przewodniczącym naszego ówczesnego samorządu klasowego. Jednak przed upływem połowy czasu nauki w ostatniej klasie szkoły średniej – kontakt z nim urwał się nam. Przypuszczalnie z obawy o jego maturę rodzice przenieśli syna do innego liceum. W następnych latach można było przeczytać w prasie, że kontynuuje swoją piłkarską karierę, jako napastnik w tej samej krakowskiej drużynie. Później zaś, że odnosi spore sukcesy sportowe w różnych klubach za granicą, m.in. w Holandii. Ja jednak osobiście już nigdy go nie spotkałem. Ale podczas naszych koleżeńskich spotkań w kolejne rocznice matury, co 5 lat, wspominaliśmy go nader często oraz z sympatią.
    W czasie jednego z takich zjazdów miałem możność przejrzeć wypożyczony z archiwum szkolnego stary dziennik naszej klasy. Jak każdy tego typu dokument oświatowy, oprócz ocen uczniów w roku szkolnym 1961/62, czyli w ciągu ostatniej, XI-tej klasy, zawierał ich dokładne personalia. Jakież było moje zdziwienie, kiedy przeczytałem w nich informację, że Janusz nie pochodził z Krakowa, jak większość kolegów. A warto wspomnieć, że był wśród nas także kolega urodzony w Warszawie podczas Powstania (osiedlił się po studiach i niestety zmarł już w Nowym Targu), był rodowity lwowianin (później absolwent farmacji, właściciel kilku krakowskich aptek, też już nieżyjący). Jeszcze inny pochodził z odległych, południowo-wschodnich Kresów II Rzeczypospolitej, ze Śniatynia (u szczytu kariery zawodowej został profesorem, szefem ogólnopolskiej placówki naukowo-badawczej w Warszawie). Był nawet jeden kolega, późniejszy wybitny naukowiec, profesor w Instytucie Fizyki Jądrowej, który urodził się w Londynie (jego matka była rodowitą Brytyjką). Natomiast tak uwielbiany przez nas wójt klasy urodził się w… Nowym Sączu… Prawdopodobnie tu również spędził dzieciństwo. Nie wiemy kiedy „wylądował” z rodzicami w Krakowie. Tu uczęszczał razem z nami od 1958 r. do liceum „Witkowskiego”. Kiedy znacznie później przypomniałem sobie te szczegóły – doznałem olśnienia. To na pewno jego głos, z sądeckim zwrotem „ty bejdoku” (niekiedy kierowanym do mnie) brzmiał mi przez tyle lat w uszach. Więc jednak pamięć słuchowa mnie nie zawodziła, znałem to określenie rzeczywiście z czasów szkolnych w Krakowie. Rzecz jasna nie było mi też obce określenie „bajok”. Uważałem go jednak za lokalny synonim, w swoim negatywnym zabarwieniu uczuciowym nieco łagodniejszy od „bejdoka”.
    Mój przyjaciel ze studiów miał więc również rację – w Krakowie nie było ani w szkołach, ani na podwórkach głupkowatych „bejdoków”… Były natomiast niewiele tylko mądrzejsze „bajoki”…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *