Zibibbo…, cóż za urzekające słowo. Włoski język jest bardzo melodyjny i miły dla ucha. A zibibbo to wcale nie ciastko, ale …wino. Tytuł wpisu jest zatem nieco przewrotny. Ale po kolei, powoli, wszak jesteśmy we Włoszech, czyli w kraju, w którym narodził się ruch Slow Food. Czasem jednak można sobie niechcący połamać zęby nawet na dobrym jedzeniu. O co chodzi? Wyjaśniam…

ZIBIBBO, CZYLI NIE MUSISZ ŁAMAĆ ZĘBÓW

Nieraz zapewne zastanawialiście się, jak Włosi mogą jeść swoje słynne, twarde jak skała ciastka migdałowe. Nie wtajemniczonym wyjaśniam, że są one twardsze niż nasze suchary i podczas ich jedzenia ze szczególną troską dbać trzeba o stan swojego uzębienia, co i tak nie gwarantuje uniknięcia licznych ubytków. Spytacie zatem co takiego jest w tych ciastkach, że warto ich spróbować i dlaczego Włosi się nimi zajadają…

A TO CI DESER

Na Sycylii ciastka te po prostu macza się we wzmocnionym winie deserowym zbliżonym w smaku i procentach do Marsali (czyli moc jest…), popularnie zwanym właśnie Zibibbo. Nadmienić jednak należy, że nazwa ta tak naprawdę jest właściwie przynależna szczepowi winnemu, z którego to wino się produkuje… Maczane kilka sekund w winie ciasteczka nasiąkają słodyczą i jednocześnie mocnym smakiem wina, miękną i stają się naprawdę smaczne. Przyjemność z zajadania się nimi mogę jedynie porównać do pałaszowania przemacerowanych wiśni dopiero co wyjętych ze świeżej nalewki…

Twarde ciastka migdałowe i szklaneczka zibibbo – deser, przy który można spędzać godziny…

Drukuj

Zobacz również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *