SLOW FOOD, czyli jak nie dać się nabić w butelkę

Slow food to co to takiego spyta część z Was. Po kolei, Panie i Panowie, po kolei proszę… Ale z góry uprzedzam, że tekst jest dość długi, źle sformatowany, zdjęć jest mało, nie jest śmieszny, ale za to obrabia dupę pewnym środowiskom, więc jest szansa, że kogoś zainteresuje…

SLOW FOOD CZY ZWYKŁA LIPA

Uczestniczyłem na początku czerwca 2016 roku (jako widz) w festiwalu kulinarnym pod smakowitą nazwą „Czas Dobrego Sera” w Sandomierzu. Uczestniczyłem również tydzień później w festynie „Europa na widelcu” we Wrocławiu. Wrażenia z obu – pozytywne. W Polsce od kilka lat trwa boom na wszystko, co wiąże się z tematyką kulinarną, co jednak niestety ma również swoje złe strony. Przekłada się na przykład bardzo często na tworzenie „kulinarnych imprez masowych”, na których serwowane jedzenie jest wręcz koszmarne, a jedynym celem takich imprez jest napchanie kieszeni ludziom, dla których nie ma znaczenia co sprzedają i czym nas karmią, byle zarobić jak najwięcej. Na szczęście „Czas Dobrego Sera” to zupełnie inna półka i zupełnie inna bajka.

SLOW FOOD, czyli jak nie dać się nabić w butelkę
„Czas dobrego sera” to impreza, na której masz bezpośredni kontakt z producentem, który wyjaśni Tobie dokładnie, jak i z czego powstaje jego produkt.

WCIĄŻ WIELE DO ZROBIENIA

Komentarze mieszkańców Sandomierza i większości turystów smakujących poszczególne produkty pokazały jednak, jak wiele jest nadal w Polsce do zrobienia w zakresie kształtowania kultury i wiedzy kulinarnej. Zadanie to jest o tyle trudne, że w polskich mediach nikt nie stara się takiego gustu Polaków kształtować. Wiedzy kulinarnej im przekazywać też nie ma komu, a pokazywane są głównie programy o „tematyce jedzeniowej”, których z pewnością kulinarnymi nazwać nie można. Obecnie programy te przekształciły się w zasadzie w kilkunastominutowe bloki reklamowe albo w programy traktujące o tym, jak najszybciej i w jak najbardziej stresujących warunkach ugotować homara. Krzyku przy tym jest więc co niemiara, pot i łzy często również leją się strumieniami, a dla statystycznego Polaka wciąż najważniejszym kryterium dobrego jedzenia jest, by było go dużo i było tanio. Jakość nadal pozostaje na szarym końcu.

SLOW FOOD, czyli jak nie dać się nabić w butelkę
Kaczka na jednym ze straganów podczas jarmarku bożonarodzeniowego w Krakowie.

DUŻO SZUMU, MAŁO KORZYŚCI

Festyn we Wrocławiu, niby kształcący kulinarnie, niby slow food, ale jednak głównym jego motto stało się hasło „4 czerwca dniem wolności”. To data pierwszych częściowo wolnych wyborów w Polsce po upadku komunizmu, które to zdarzenie stało się podstawą zrodzenia się tegoż festynu w 2008 roku. Powtarzanie bez przerwy, że od tego dnia roku 1989 Polska znowu jest w Europie denerwowało. Tak, jakby kiedyś nie była. Pomijając merytoryczną istotę daty 4 czerwca 1989 roku na nieszczęście nasze, czyli smakoszy kulinarnych imprezę potraktowano li i jedynie jako wielką wyżerkę pod płaszczem zjednoczonej (jak długo jeszcze?) Europy. Mieszanie polityki z kuchnią uważam za bardzo, bardzo złe połączenie i szczerze mówiąc zniechęca mnie do takich imprez.

SLOW FOOD NA RATUNEK

Na szczęście dla naszych podniebień jest prężnie działający, choć nadal bez należytego mu większego rozgłosu, ruch Slow food Polska, na czele którego stoi Jacek Szklarek. Pan Jacek to człowiek z pasją. Gdy większość dzisiejszych „znawców kulinarnych”, pseudo krytyków kulinarnych i wreszcie hipsterów, którzy zachłysnęli się gastronomią i dzisiaj „zaopatrzeni” w wielkie brody i spodnie opadające z czegoś, co biodrami nazywa się u prawdziwego mężczyzny z lubością serwują burgery na tysiąc i jeden sposobów, wysyłał mnie do pięknej Toskanii. Tam lokował mnie u swojego wieloletniego znajomego Sergio Fratagnolego w jego XIV wiecznym, kamiennym domu z wejściem doń spowitym gęstymi winoroślami i posadowionym pośrodku lekko zadrzewionego ogrodu.

Bym poznał uroki Toskanii od Pana Jacka przed wyjazdem tamże dostałem kartkę A4, na której spisał specjalnie dla mnie swoje wskazówki, co w Toskanii jeść i pić, co zobaczyć, a przede wszystkim co, jak i w jaki sposób smakować. W 2001 roku, gdy większość naszych hipsterów odbywało leżakowanie w przedszkolach ja ze swoją rodziną, dzięki Panu Jackowi, odkrywałem uroki Toskanii (odkryj uroki AMALFI <<TUTAJ>>).

SLOW FOOD, czyli jak nie dać się nabić w butelkę
Ogród Sergio Fratagnolego z kamiennym XIV wiecznym domem w Asciano, Toskania, lipiec 2001

OPUŚĆ „KÓŁKO RÓŻAŃCOWE” BEZ ŻALU

I tylko jednego się boję obserwując fanów i aktywistów Slow Food Polska. Pojawiło się kółko różańcowe, w którym „być należy”, a które wzajemnie się adoruje. Wszyscy lubią to, co lubić należy kontestując nie-rzemieślniczych i nie-zagrodowych producentów. I choć nie są hipsterami ze względu na swój wiek i raczej przerzedzone już brody i włosy, to jednak zachowaniem hipsterom odpowiadają. Przyznajcie się – co jecie na co dzień? Czy dbacie, aby Wasze życie i jedzenie było „slow” na co dzień, czy też jedynie od święta? Czy nie jest tak, że chwalicie to, co trzeba, a widuje się Was w fast foodowych restauracjach amerykańskich???

SNOBIZM KIEPSKA SPRAWA

Pamiętajcie slow-foodowe ludki, że to na Was spoczywa ciężar kształtowania smaku i gustu Polaków. Wskazujcie rodakom, tłumaczcie, wyjaśniajcie, ale nigdy, przenigdy nie narzucajcie, bo Polak przekorny jest i zawsze robi na odwrót. Przypomina mi się, jak kilka lat temu uważany w takim właśnie towarzystwie „wielki polski winny guru”, redaktor naczelny znanego periodyku winiarskiego w jednym z telewizyjnych programów degustując cztery czerwone wina z zamkniętymi oczami zdecydowanie jako wino najpełniejsze, o dużym bukiecie aromatów i smaków wskazał … bułgarską Sophię za 7 PLN. Mając naprzeciw wina znakomite, renomowane, aż kipiące od ilości tanin i bukietu aromatów.

SLOW FOOD, czyli jak nie dać się nabić w butelkę
Zgadzam się z Anthonym Bourdainem, który uważa, że dzieci w szkołach powinno uczyć się podstaw gotowania, trzymania noża, krojenia itp, a w domach dobrego smaku od małego. Co za idiota wymyślił menu dla dzieci? A co, one są ulepione z innej gliny? Nie mają prawa do smaku?

NIEZALEŻNY, CZYLI WOLNY

I ja Wam powiadam, co takie kółko różańcowe tworzycie, wino to ja lubię takie, co mi smakuje. A takie Brunello di Montalcino nawet zakupione wprost u Banfich mi nie podchodzi. Wiem, co mówię, bo próbowałem bezpośrednio na zamku. W 2001 roku. A cydr taki na przykład też lubię, ale taki mocno schłodzony, musujący, właśnie od Jantonia, taki co to przemysłowym pogardliwie nazywacie, a w skrytości popijacie, bo tańszy. Ten cydr dobrońskim się nazywa. A ten Wasz cydr np. Smykan jest mi zwyczajnie za kwaśny, mimo, że „prawdziwie naturalny”. Wiwat niezależność, wiwat wolny stan. Nic nie muszę i nikomu nie muszę… I mogę pić taki cydr, jaki mnie smakuje, a nie taki, który trzeba. A wino do potraw duszonych dodaję takie z kartonu. Tak, jak to się robi w całej Europie.


Zobacz również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *