Chillout na Krecie? Najlepiej w październiku. Bez dwóch zdań. Jeżeli nie musisz nie jedź na Kretę w lipcu i sierpniu, wrzesień również lepiej odpuścić. Potworny upał zmiata z plaży nawet tych zatwardziałych maniaków słońca, którzy pomimo słonecznych oparzeń i schodzącej płatami skóry nadal – na najgorsze, południowe słońce – są w stanie się wystawiać.

CHILLOUT NA KRECIE. CZYLI CO?

Na Krecie ten numer im nie przejdzie; nawet oni nie podołają temu wyzwaniu… O nieprawdopodobnych tłumach turystów w okresie wakacyjnym, wśród których zwłaszcza Brytyjczycy przynoszą wstyd zachodniej cywilizacji lepiej nie wspominać.

Nea Hora (dzielnica Chanii) 2 października 2017 roku… Mało ludzi, spokój, piękna pogoda. W kraju pada i jest … 10 stopni… Dobrze, że choć „na plusie” 😉

Pierwszy dzień października przywitał mnie deszczem. Nieczęsto, ale jednak zdarza się to w tym okresie w Chanii. Niezrażony wykorzystałem ten dzień na sprawy zawodowe. Kolejny dzień miał być juz piękny i… taki był. Idealny na chillout. Na relaks vel wypoczynek, jak kto woli.

RUSZAM, BY… ODPOCZĄĆ

Plecak w dłoń, kąpielówki i ręcznik doń schowane, ciało wysmarowane olejkiem do opalania. Koniecznie. W pośpiechu zapomniałbym o butelce wody – nie wolno tego robić na Krecie. Nawet w październiku. Podążam w kierunku zachodnim od Chanii – drugiego co do wielkości miasta na Krecie. Na długości zaledwie 2-3 kilometrów znajduje się kilka zatok z mniejszymi i większymi plażami. To idealne miejsce na wypoczynek, taki jednodniowy chillout.

Plaża Kladissos Beach to pierwsza plaża od strony Chanii w kierunku zachodnim. Najdłuższa, ale też najmniej przyjazna z uwagi na kamienistą linię brzegową – kąpiel jest utrudniona z tego powodu..

Na Kladissos Beach jak zwykle pusto. Jedynie raz na czas spotkać można starsze pary przechadzające się po częściowo kamienistej plaży.

PIERWSZE KOTY ZA PŁOTY

To idealne miejsce dla kogoś, kto marzy o spokoju i ciszy, którą zagłusza jedynie szum morza. To mój pierwszy przystanek – mam tu swoje ulubione miejsce, które kiedyś ktoś sprytnie zagospodarował. Buty out, koszulka out, kąpielówki…nie, nie!!! Pomyłka – kąpielówki ubrać, a koszulkę zdjąć.. Szybka korekta, na szczęście pusto wokół, bo popłoch byłby jak na wielkiej pardubickiej… No teraz to już czysty leżing, smażing, plażing – chillout na Krecie w czystym wykonaniu.

Nie jestem odludkiem, ale idea parawaningu w wykonaniu Grażyny i Janusza we Władysławowie w lipcu po prostu mi nie odpowiada… Wolę takie miejsca, jak to na zdjęciu…

Coś swędzi? Coś chodzi po mnie? Słońce nie tak świeci, jak trzeba? Krótki rzut oka na zegarek. Minęło 10 minut leżenia na ręczniku. „Personal best” pobity – jeszcze nigdy tak długo nie leżałem na plaży, można zatem ruszać dalej. Kąpielówek nie ściągam pamiętając niedawną pomyłkę, buty jednak założyć trzeba, bo dalszy spacer po kamienistej plaży nie jest tym, o czym marzę.

I JAK TU ODPOCZĄĆ?

Po około 10 minutach docieram do końca plaży – przede mną wznosi się pagórek. Obok pagórka, idąc nieco wgłąb lądu prowadzi ścieżka, dzięki której strudzony turysta nie musi męczyć się wchodzeniem na tenże pagórek. Jednak mój wredny charakter, to paskudne ego, to COŚ, co nieraz doprowadza mnie do furii…, no…, właśnie, jasne, że tak. Każe mi wejść na tę przeklętą górkę. Więc idę. Na szczęście z dużej chmury mały deszcz, za to widoki przednie. Przede mną piękny widok na kolejną plażę – oto Aptera Beach.

Aptera Beach to niewielka plaża z leżakami i parasolami do wynajęcia. W październiku za 2 leżaki i jeden parasol należy zapłacić 5 Euro na dzień.

Widokiem na Apterę Beach napawałem się 5 minut czyli tyle, ile zajęło mi zrobienie 30 zdjęć i 5 filmów… Klnąc pod nosem na swoją manię robienia zdjęć szybko schodzę na dół, prosto na plażę. Pomny jednak straconych niedawno 10 minut na leżeniu na poprzedniej plaży szybko przemykam dalej, jakby przeczuwając, że ktoś każe mi znowu na plaży zalec…

SPRAGNIONEGO NAPOIĆ

Utrudzony w końcu dochodzę do pierwszego baru. Nie, nie wezmę wina. Jeszcze nie teraz. Kawa, ciepło jest, więc frappe, mrożona, będzie idealna. Zamawiam, siadam, leżeć nie mam zamiaru, mam już przecież odleżyny po tych przeklętych 10 minutach spędzonych na Kladissos Beach… Kawa niestety rozczarowuje. Cienka, jak naleśnik, co na Krecie akurat rzadko się zdarza. Trzeba było wziąć wino – gdyby ze mną była moja żona tak by mi poradziła. Mądra kobieta.

Pij kawę tam, gdzie piją ją lokalsi, a nie turyści… Niby oczywiste, a i ja jeszcze daję się nabrać na te same numery, co nad polskim morzem…

Lekko zniesmaczony wypitą kawą kieruję się na następna plażę.

PORA NA KĄPIEL

To większa plaża, bardzo szeroka, z łagodnym zejściem do wody. I fale jakby mniejsze. Infrastruktura, jak należy, są przebieralnie, ale mnie przecież niepotrzebne, cały czas mam kąpielówki na sobie… Opalających się tutaj nieco więcej. To Chrissi Akti Beach. Tutaj to już się wykąpię, podoba mi się; ileż można chodzić… w poszukiwaniu idealnego miejsca do odpoczynku…

Chrissi Akti Beach to bardzo przyjemna i przyjazna dla dzieciaków plaża. W październiku panuje na niej przyjemna, spokojna atmosfera.

Kąpiel zaliczona, woda ciepła, kojąca. Trzeba się jednak opłukać, bo duże zasolenie morza powoduje, że sól wdziera się w każdy zakamarek Twojego ciała. Zwłaszcza tam, gdzie nie powinna… Skrywając się po kąpieli w cieniu odkrywam jednak, dlaczego ludzie wystawiają się na słońce. Po kąpieli w cieniu, pomimo 22 stopni, jest po prostu zimno. Przepraszam, wiem, że bredzę. Szybko uciekam z cienia na rozgrany piasek…

22 stopnie ciepła w październiku to idealna temperatura plażowania, kąpieli w morzu, ale z pewnością nie do leżenia rozebranym w cieniu…

DUŻY GŁÓD

Głód, to pierwsze, co poczułem, gdy dopiero co właśnie położyłem się na ciepłym piasku i rozpocząłem proces nagrzewania ciała… Przypomniał mi się „Dzień Świra”… Mamrocząc pod nosem ze złością słynne zdanie Marka Kondrata z tegoż filmu (o żesz k… ja p…) wstaję i udaję się do pobliskiego baru, aby ten przeklęty głód zaspokoić. Zaspokoiłem. Warto było.

Sałatka horiatiki (wiejska, grecka) w upalny dzień to doskonałe źródło witamin i jeszcze lepszy poprawiacz humoru. Absolutna rewelacja.

Gdy wracam na „legowisko” wzrok mój przykuwa tandetny, drewniany drogowskaz. Jego przekaz jest tak prosty, że aż zaniemówiłem. W sumie po co się pieklić, żalić, denerwować… „Siga siga my friend” przypomina mi się…

SIGA, SIGA MY FRIEND

Na mojej twarzy pojawia się wreszcie lekki uśmiech… Może pora w końcu zacząć cieszyć się chwilą,, a nie łazić cały czas w poszukiwaniu idealnego miejsca do leżenia, którego tak naprawdę przecież nie ma…?

„Wyluzuj, życie jest fajne” – skąd oni u diabła wiedzieli, że przyszedłem tutaj specjalnie właśnie po to, żeby się wyluzować?

Zaraz za wspomnianym drogowskazem wzrok mój przykuwa coś, co dodatkowo wzbudza u mnie zachwyt i przywołuje najgłębsze uczucie miłości – jak wtedy, gdy po raz pierwszy kilka godzin po jej narodzeniu wziąłem na ręce swoją córkę… Na Krecie nawet psy mają łagodne usposobienie – przecież nieraz to widziałem i jakoś tak po mnie to „spływało”, jak to młodzież mówi… Teraz wreszcie dotarło „pod kopułę” – przecież ten pies śpi uśmiechnięty!

„Siga siga, my friend” – powoli, powoli. Zapamiętać, zastosować. Wykonać 😉 Na Krecie nawet psy żyją według tego wyspiarskiego motto.

Pora ruszać dalej, wszak do leżenia na plaży nie jestem stworzony. Butów też już nie zakładam, siga siga… Szybko docieram do kolejnej zatoki i plaży. To bardzo sympatyczne miejsce, bardziej kameralne od poprzedniej plaży. Nazywa się Yannis Beach. No idę dalej, przecież nie będę znowu leżał. Kapieli też już wystarczy, co ja ryba jestem???

Yannis Beach to spokojne miejsce, w którym zrelaksują się wszyscy – od małego po dużego człowieka.

Mijając plażę dochodzą mnie zabójcze zapachy z pobliskich tawern. Idę za nosem swym, to oczywiste. Krótkie spojrzenie w menu… jest. A w zasadzie są. Mezedes, czyli przystawki. Chcę! Mamma mia, jakie to dobre, jak ja kocham takie miejsca…

Grillowany chleb skropiony oliwą i posypany suszonym oregano, sałatka z ośmiornicy w occie winnym, talerz rozmaitości… Choćbym miał pęknąć to zjem wszystko 😉

Rozanielowy wstaję od stołu… Szczęście to stan, które ogarnia całe moje ciało i umysł. Chillout… Choć pozostały jeszcze dwie plaże w pobliżu dalej nie idę. Nie chce mi się. Tak zwyczajnie lenia złapałem. Po dotychczasowym spacerze, mocnym słońcu, po pysznym jedzeniu… Chwilo trwaj… Pojawia się słowo – klucz. Sjesta.

SJESTA

To przychodzi odruchowo, samo z siebie. No musisz się położyć, i koniec, i kropka. Szybko znajduję zaciszny kącik w cieniu na pobliskiej  Iguana Beach. Pamiętając jednak, że w cieniu mogę zmarznąć przykrywam się przezornie zabranym z apartamentu swetrem. Nie ma mnie dla nikogo. Chillout na Krecie w czystym wykonaniu 😉

Iguana Beach to… dobre miejsce na drzemkę. Byle z boku, bo to dość duża i dość oblegana plaża.

KONIEC LABY

Wyspany decyduję się wracać. Nie jest to sprawa prosta, bo z tego miejsca do domu mam około 3 kilometry. Można podjechać autobusem, ale ten mój przeklęty charakter… No przecież nie byłbym sobą, gdybym nie wracał na piechotę. Mijam pobliskie, niewielkie hotele, wśród których szczególnie jeden przykuwa mój wzrok. W zasadzie nie tyle hotel, co zaproszenie do znajdującej się przy tymże hotelu maleńkiej restauracji. Treść tablicy budzi szacunek, ale i podejrzliwość – jak Grek pisze, że coś jest białe, to wiedz, że coś może się dziać 😉

„Pyszne, gorące jedzenie – świeże. Zimne sałatki – bo tak powinno być. Potrawy z grilla przygotowujemy na prawdziwym ogniu; wino serwujemy również na kieliszki – bo nie jesteśmy leniwi. Wygodne krzesła, duże stoły – bo tak ma być. Starannie dobrana muzyka – ponieważ uszy też mogą krwawić… Rzetelne, drukowane rachunki – w języku angielskim – ponieważ tak jest fair. Nieskazitelnie czyste toalety – ot, tak po prostu”

No wszedłem i zjadłem. Grillowane sardynki. Faktycznie na prawdziwym ogniu robione. Kibelek też czysty. Nie, nie musiałem skorzystać; chciałem sprawdzić, czy napisali prawdę 😉

Wyraźny, mocny aromat dymu, miękkie rybki, sporo oliwy, obowiązkowo delikatna cebula i natka pietruszki. Sok z cytryny według własnego uznania. Ponieważ można.

Od spokoju po euforię, a na końcu zmęczony i nieco zniesmaczony wracam tuptając do domu. Co jest w głowach polskich restauratorów, że się „nie da”. A jak się da to „po co”. A w ogóle ten cały chillout to przereklamowany jest. Odpocząć miałem, a 12 kilometrów na nogach przeszedłem… W słońcu, w upale wręcz.

PRZEMĘCZONY… ODPOCZYWANIEM

Muszę zadzwonić do córki i zapytać, co to ten chillout właściwie jest. Bo jak tak on ma wyglądać, to następnym razem założę raczej kraciastą koszulę z dużym zapasem na brzuch, obszerne krótkie spodenki z Lidla, koniecznie skarpety do połowy łydki, a nie nałożę sandały. I będę udawał niemieckiego emeryta spacerując wokół domu… Bo za taki chillout na Krecie, jak dzisiaj, to ja serdecznie dziękuję 😉

Iguana Beach. Ładnie, czysto. Przyjemnie. No i morze piękne 😉

Drukuj przepis

Zobacz również

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *